Wyruszyliśmy o 23.10 z Jugowic (ośrodek Geovita) i po ok. 40 min. zastaliśmy śpiący Walim (m.in. słynne poniemieckie sztolnie). Po chwili znaleźliśmy żółty szlak prowadzący przez Małą Sowę (972) na szczyt jej "siostry" ;-)
Pogoda nam sprzyjała, niebo było usiane gwiazdami, choć noc ciemna. Od czasu do czasu w blasku latarki przyłapywaliśmy wzrok mieszkańców lasu, którzy tak jak my nie mieli ochoty na sen.
Na szczyt Wielkiej Sowy dotarliśmy o 1:54. Okazało się, że nie jesteśmy sami, co wskazywały rozsiane po polanie, wypełnione ciałami śpiwory i palące się niemrawo ognisko.
Krótka sesja fotograficzna pięknie oświetlonej wieży została zakłócona nadciągającą mgłą, która po kilkunastu minutach zasnuła polanę. Mając w planach pozostanie jeszcze na jakiś czas na szczycie, schowaliśmy się w jednej z wiat i na dwóch drewnianych ławkach zapadliśmy w sen (w bardzo dużym uproszczeniu).
O 3:20 powiedzieliśmy zgodnie DOŚĆ!!! Szybko zebraliśmy manatki i ruszyliśmy w dół. Zapewne już świtało, ale zachmurzone niebo dość skutecznie ograniczało widoczność. Jednak po około pół godzinie marszu mogliśmy wyłączyć latarkę.
Stara tradycja gubienia szlaku nie mogła zaginąć i w pewnym momencie nie kontrolując uprzednio żółtych znaczków, upajając się drogą w dół wyszliśmy na nieznany nam teren. Najważniejsze, że tam też było pięknie!!! ;-)
Okazało się, że wyszliśmy w Rzeczce, od której tylko kilkaset metrów było do kompleksu Riese. Ten wprawdzie był zamknięty, ale o 5 rano byliśmy z pewnością pierwszymi turystami.
W Walimiu jak w romantycznych komediach znaleźliśmy dopiero co otwierany sklep, do którego doprowadził nas zapach świeżego pieczywa drażniący nasze powonienie.
Zakupione dwie wielkie drożdżówki z nadzieniem smakowały bosko.
Równie bosko musiał smakować płyn organiczny pewnym jegomościom, którzy już tak wcześnie wykazali odwagę i hart ducha i uzupełniali braki w zawartości etanolu w krwi.
Kilkadziesiąt minut marszu, oglądanie okolicy tym razem za dnia i o 6:11 AM zameldowaliśmy się pod bramą ośrodka. Nadszedł czas na sen, jakże inny niż na drewnianych ławach. Jeden i drugi był na swój sposób nam potrzebny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz