DZIEŃ 1
Prognozy pogody obiecywały pełne słońce, brak deszczu i innych zjawisk atmosferycznych nielubianych przez turystycznych globtroterów. Perspektywa kilku dni na szlaku, zielonych panoram, zapachu lata kusiła i zmuszała do niecierpliwego wyczekania początku wyprawy.
Hala dworca Łódź-Fabryczna w żaden sposób nie mogła wzbudzić pozytywnych fantazji i odczuć. Migające przed oczami sylwetki ludzi, kolejki do okienek kasowych, niewyraźne zapowiedzi przyjeżdżających i odjeżdżających składów przypominały, że tu TO się zacznie...
Zebrani w grupkę znanych-nieznanych osób, z biletami dokądś tam, udaliśmy się do pociągu TLK (nie rozwijam nazwy, bo jest nieadekwatna do rzeczywistości) do Warszawy. Na peronie Ania, Marta i Kuba odprowadzający nas, próbujący zastąpić jakiś naturalny żal chwilą żartu i luzu. Pociąg ruszył, postacie machające skrawkami nawilżanych chusteczek oddalały się coraz bardziej i bardziej. Łódzki-podłódzki krajobraz gdzieś przewijał się w tle za oknami pociągu. My rozsypani po wagonie, jeszcze nie odnaleźliśmy potrzeby bycia razem. Basia z Agą żywo dyskutowały (z przewagą 90% Basi), Paulina słuchała muzyki obok jegomościa ze ściągniętymi butami, który zupełnie nie reagował na jej wdzięki. Siostry to rozmawiając, to czytając, to przysypiały. AgaB i Iza w ukryciu wcinały wielką torbę popcornu.
Warszawa Centralna wyludniła wagony, pozwalając nam poczuć się jak w pierwszej klasie. Jeszcze kilka minut i nadszedł czas na pierwszą przesiadkę.
Oczekując na pociąg do Białegostoku podjadaliśmy siostrzane babeczki, które niewysokie, ale szerokie w biodrach smakowały konkretnie.
Miny uśmiechnięte, ale gdzieś pozwalające odgadnąć myśli- jak będzie, co to będzie...
Słowa o kilometrach przed nami, nocnej wędrówce nie wydawały się jeszcze realne. Jeszcze czuliśmy gorące warszawskie podmuchy betonu, szkła, kurzy skąpanego w hałasie i ciągłej gonitwie..
***
Słońce zbliżało się do horyzontu, kiedy znaleźliśmy się w stolicy Podlasia. Zmiana środka lokomocji na szynobus, który chyba bił w tym dniu rekord pojemności. Podlasianie łypali na nas to z podełba, to ciekawsko. Siostry zdążyły nawet nawiązać znajomość z pewnym jegomościem, ale do wymiany numerów telefonów już nie doszło ;-)
Nazwy kolejnych, coraz bardziej zagubionych stacyjek skupiały moją uwagę. Kiedy na wyświetlaczu pojawiła się nazwa Rozedranka, znak że następne będą Gieniusze.
Gieniusze okazały się pustym peronem z przyczajonym za płotem domkiem. Społeczność w liczbie osób dwóch w postaci mamy z dzieckiem tłumnie przywitała nas na ziemi podlaskiej. Żarty się skończyły... nadleciały komary. Dziewczęta wyjęły zestawy komarowe z Rossmana i psikały się radośnie (wierząc, że chłit maketingowy zadziała).
Wspólna fotka na początek (dziś wydaje się to odległym wydarzeniem) i czas ruszyć w drogę, przed siebie, przez las, ku przygodzie...
Przyjemnie było zastąpić codzienne chodniki i dywany asfaltu leśnym posłaniem. Zielony kolor dookoła uspokajał, dla równowagi komary wyprowadzały z równowagi. Droga się nie dłużyła i rychło wyszliśmy z lasu na łąki.
Zaniepokoił nas bezpańsko wałęsający się pies. Naszą uwagę jednak skupiły dwa opuszczone zabudowania, jakby porzucone w przez kogoś, na terenie których kilka/ naście?? psów kotłowało się przy siatce, nie mając chyba wobec nas dobrych zamiarów. Już następnego dnia dowiedziałem się, że to spadek po właścicielu hodowli lisów. Psy chyba miały ją ubezpieczać (?). Lisy zniknęły, psy zostały stając się coraz bardziej złe na siebie i na wszystko dookoła. Nikt ich na wsi nie chciał (i słusznie) przygarnąć.
Ledwo weszliśmy do Kurył, już zobaczyliśmy znak końca wsi. Rozejrzeliśmy się dookoła i przy bocianim gnieździe skręciliśmy w lewo w szutrową drogę ku ...
***
zabudowaniom, które na najbliższą noc miały stać się naszym przytuliskiem. Psy gospodarskie wykazały się czujnością i obwieściły całej okolicy, kto zacz się pojawił. Chwilę później z jednego z domów wyłonił się właściciel, który poprowadził nas do ukrytego w mroku innego domku. Warunki okazały się luksusowe, jak na poniesione koszty, ale również ze względu na późniejsze perspektywy noclegowe (z czego nie wszyscy uczestnicy jeszcze zdawali sobie sprawę).
Rozłożeni z betami, to na lewo to na prawo, zerkaliśmy na poczynania piłkarzy Brazylii i wymienialiśmy się pod prysznicem (jakby to nie brzmiało). Starym zwyczajem koleżanka Basia kąpała się chyba z cztery raz (nawet chyba nie mając czasu na zrzucenie odzienia).
To, że w domu nie jesteśmy sami przypuszczaliśmy od początku. Zastanawialiśmy się jakiż to duch nas nawiedzi i jaki strach przeleci podczas najbliższych kilku godzin. Nasze coraz bardziej śmiałe wizje przerwał widok przemykającej ryjówki, która na tyle spodobała się Paulinie, że postanowiła przeprowadzić ją na zewnątrz. Zajęło to dość sporo czasu, czego dowodem była już głęboka noc i śpiąca większość uczestników, gdy ryjówka spakowana w neseser wyjechała do rodziny machając nam przyjaźnie w progu domu.
Osamotnieni brakiem ryjówki, jedyne co mogliśmy uczynić to zapaść w sen..... chrrrr.... chrrrr..
CDN
poniedziałek, 5 lipca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
czekam niecierpliwie na ciąg dalszy!:P
OdpowiedzUsuń